Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 270 126 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

STRONA GŁÓWNA

                                                                                STRONA GŁÓWNA

  Translate this page

 Praca Zawodowa>>> BROKER UBEZPIECZENIA

 

PodróżeVisited Country 85 - 11.2014.jpg>>> PODRÓŻE

 

Media>>> PUBLIKACJE                    FILMY

 

Yachting>>> ŻEGLARSTWO         Jerzy Kusmider.JPGARCTIC 2014-NWP

 

Krótkofalarstwo>>>  KRÓTKOFALARSTWO - VE7CFA

 


Odznaczenia>>>:Zloty Krzyz Zaslugi RP. Jerzy Kusmider.jpgODZNACZENIA-Ważniejsze nagrody i wyróżnienia

 

 

 

 

 

  

 

Polecam do odwiedzenia strony:

www. mesa-jachtowa.bloog.pl

 

 

www.Jacht sy Varsovia - sailboat.jpgvarsovia.bloog.pl

 

www.JerzyKusmiderTravel.bloog.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

   PODRÓŻE



Karaiby - WSR 2012

 >>>Zeglarze-z-Vancouver-na-Swiatowym-Zlocie-na-Beef-Island-BVI-Wladyslaw-Wagner-Sailing-Rally-2012  

 

Zobacz FILM: "W. Wagner Sailing Rally 2012 - STS Fryderyk Chopin"
 
  
1
 
W roku 2012 przypadają trzy równe rocznice związane z Władysławem Wagnerem, pierwszym Polakiem, który opłynął świat pod żaglami:
Setna rocznica jego urodzin. 80-ta rozpoczęcia wielkiego rejsu i 20-ta jego śmierci.
Rejs zakończył on w Anglii w roku 1939, ale niestety nie mógł wpłynąć z powrotem do Gdyni, ponieważ rozpoczęła się II Wojna Świtowa i resztę życia spędził na emigracji.
Z okazji tych rocznic, rok 2012 ogłoszono „Rokiem Władysława Wagnera”. Zaplanowano dużo imprez, które mają za zadanie upamiętnić wielkiego Polaka.
Największą imprezą z tej okazji był światowy zlot żeglarzy polonijnych i polskich w Zatoce Trellis na Wyspie Beef w archipelagu Brytyjskich Wyspach Dziewiczych w dniach 21-22 stycznia. Na wyspie tej Władysław Wagner mieszkał przez długie lata.
2
Na zlot ten przybyło ponad trzystu żeglarzy z Kanady, USA, Polski, Wielkiej Brytanii i innych państw - na jachtach czarterowanych lub własnych. Były też jachty z Polski.
W Zatoce zakotwiczyło około 50 jachtów, na których powiewały polskie flagi, białe orły i barwy narodowe.
Niepowtarzalny i imponujący widok, pierwszy raz w historii żeglarstwa polonijnego, na Karaibach z dala od Polski zgromadziło się tak dużo jachtów z polskimi załogami.
3   
Flagową jednostką zlotu był Szkolny Statek Żaglowy STS „Fryderyk Chopin”. Przypłynął z Martyniki z załogą gości, z różnych państw: USA, Polski, Wielkiej Brytanii, Kanady i Brazylii. Po zakończonym zlocie żaglowiec z tą samą załogą powrócił na Martynikę. W drodze powrotnej zawinął na Wyspę Dominika, przepływając w sumie 666 Mil morskich.
 
 
W rejsie tym udział wzięło dwóch żeglarzy z Vancouver: Jerzy Kusmider, Kapitan jachtowy, działacz żeglarski i właściciel s/y „Varsovia” oraz Ryszard Dolecki właściciel s/y „Mucho Gusto”.
Dwa jachty, specjalnie na tą okazje wyczarterowali na BVI inni koledzy z Vancouver: Jerzy Radłowski właściciel s/y „Gdańsk” i Włodzimierz Szaryk s/y „5 Shillings”.
4
Jacht regatowy „Husaria” kpt. Krzysztof Kamiński, startował z odległego o około 6000 Mm Vancouver i dowiózł na miejsce tablicę pamiątkową, która była uroczyście wmurowana i odsłonięta. Podobny dystans przepłynął z Polski katamaran „Santa Maria”
5
Na maszcie przy tablicy powiewały flagi narodowe Polski i Brytyjskich Wysp Dziewiczych, które zostały podniesione przez ostatniego żyjącego na BVI współpracownika Władysława Wagnera pana Obel Penn'a - przy odegraniu hymnów narodowych, Polski i Wielkiej Brytanii.
Ceremonie prowadził Komandor Klubu Żeglarskiego „Polish - Canadian Yacht Club White Sails Toronto”, Józef Aleksandrowicz (Alex).
W uroczystości odsłonięcia tablicy udział wzięli także przedstawiciele lokalnych władz. Specjalny bardzo serdeczny list skierowała do uczestników żona Władysława Wagnera.
6
Odsłonięcie tablicy było głównym punktem programu całego zlotu. Tablicę tą ufundował Janusz Kędzierski.
 7
Komandor zlotu Kapitan Jerzy Knabe z Londynu, w swoim przemówieniu powiedział: „Dziękuję wam wszystkim za przybycie i za to, że dzielicie z nami uczucia. Szczególnie zaś wyrażam swoją wdzięczność moim współorganizatorom, z którymi pracuję już od ponad roku. Są to polscy żeglarze i ich różne stowarzyszenia. Najważniejsze z nich to:
- Bractwo Wybrzeża, czyli Hermandad de la Costa - Polonia reprezentowane przez kolegę Andrzeja Kacałę
- Karaibska Republika Żeglarska, która jest reprezentowana przez Andrzeja Piotrowskiego.
- PYANA, czyli Polski Związek Żeglarski w Ameryce Północnej reprezentowany przez Krzysztofa Kamińskiego oraz
- Yacht Klub Polski reprezentowany przeze mnie osobiście.
Ich bandery właśnie dumnie powiewają pod salingiem polskiego żaglowca szkolnego „Fryderyk Chopin””.
8
Kapitan STS „Fryderyk Chopin” Tomasz Ostrowski podczas uroczystości odsłonięcia tablicy stał wraz z częścią załogi żaglowca pod flagą armatorska.
9
Komandor zlotu kpt. Jerzy Knabe z Londynu w towarzystwie Jerzego Kuśmidera z Vancouver, który gratulował mu zorganizowania imprezy, przerastającej wszelkie oczekiwania.
10
Zeglarze z Vancouver przy pamiątkowej Tablicy, ubrani w reprezentacyjne koszulki specjalnie zaprojektowane i wykonane na tą okazje.
Od lewej Jerzy Kuśmider, Jerzy Radłowski, Ryszard Dolecki i Włodzimierz Szaryk.
 
 
W Zatoce kotwiczyło około 50 jachtów prezentujących polskie flagi, barwy narodowe i symbole. Na oficjalnym logo Wagner Sailing Rally 2012 nie było żadnego elementu polskiego. Z tego to powodu licznie przybyli żeglarze z Kanady i USA opracowali swoje „logo” i dumnie prezentowali na koszulkach specjalnie wykonanych na tą okazje. Oficjalne logo zginęło w cieniu koszulek z narodowymi symbolami. Widać, że większość przybyłych żeglarzy, podobnie jak kibice piłkarscy w Polsce nie zaakceptowali logo bez narodowych symboli.
Oficjalne logo zawierało tylko słowo „Wagner”, które nie identyfikowało, że chodzi o Polskiego żeglarza. Sugerowało, że może chodzić o znaną w Kanadzie i USA firmę produkującą systemy sterowania jachtów albo dziesiątki innych osób o nazwisku Wagner, które można znaleźć w wyszukiwarkach internetowych przed Władysławem.
11
Propozycja modyfikacji logo spotkała się z kategorycznym sprzeciwem jego autora, ale organizatorzy wykorzystali i umieścili ten projekt na tablicy ogłoszeniowej w centrum zlotu, żeby anglojęzyczni widzowie wiedzieli, o co chodzi i skąd tak duża liczba polskich żeglarzy w zwykle nie zatłoczonej zatoce Trellis.
12
 Koszulka vancouverskich żeglarzy.
13
Najbardziej widoczna była grupa ponad 100 żeglarzy z Toronto ubranych w niebieskie koszulki specjalnie wykonane na ten zlot.
Komandor Klubu Żeglarskiego „Polish - Canadian Yacht Club White Sails Toronto”, Józef Aleksandrowicz (Alex). Wymienił pamiątkowe koszulki: Toronto - Vancouver. 
14
Żeglarze z Polskiego Klubu Żeglarskiego w Nowym Jorku w koszulkach klubowych z transparentem.
  
15
Krzysztof Sierant z Nowego Jorku, wydawca najbardziej popularnego w Ameryce polonijnego biuletynu żeglarskiego „Żeglarz” wszystko rejestrował swoimi kamerami.
 Ostatnio przygotował on do druku książke: "20 lecie Polskiego Klubu Żeglarskiego w Nowym Jorku". Bardzo ładne wydanie w sztywnej oprawie można było kupić na miejscu. Jeżeli ktos nie miał okazji to można zamówić pod adresem e-mail: zeglarz@zeglarz.info 
 
 
Żeglarze nowojorscy, pływający na jachcie "Kedyw", też prezentowali się w koszulkach specjalnie przygotowanych na tą okoliczność, oczywiście bez oficjalnego logo.
Więcej czytaj na ich stronie: www.yachtkedyw.com 
 
16
 Po części oficjalnej na pokładzie STS „Fryderyk Chopin” odbyło się przyjęcie dla oficjalnych gości oraz później dla wszystkich przybyłych żeglarzy.
 
17
W salonie kapitańskim armator żaglowca Piotr Kulczycki przyjmował gości i toczyła się miła rozmowa na tematy żeglarskie.
 
18
Wieczorem przy szklaneczce rumu można było porozmawiać o żeglarstwie. Kapitan Andrzej Piotrowski (z prawej strony) z Chicago reprezentujący Karaibska Republikę Żeglarską i Kpt. Jerzy Jaszczuk (z lewej strony) s/y „Santa Maria”, który przypłynął z Polski, kolega J. Kuśmidera z dawnych lat działalności, w WYC, Warszawskim Klubie Studenckim.
19
Kpt. jachtu „Husaria” Krzysztof Kamiński, komandor PYANA, czyli Polskiego Związku Żeglarskiego w Ameryce Północnej podróż na zlot rozpoczął w Vancouver. Była okazja do ponownego spotkania.
20
W niedzielę rano, ksiądz Andrzej Szorc, który przybył a Wyspy St. Croix, odprawił Mszę świętą w języku polskim w intencji, Śp. Władysława Wagnera, w której uczestniczyli licznie przybyli żeglarze. Polskie kolędy i jeszcze trwający okres Świat Bożego Narodzenia w tym tropikalnym klimacie był niecodziennym wrażeniem dla uczestniczących we Mszy Św.. 
21
Na zakończenie zlotu odbyła się parada jachtów. Część jachtów postawiła galę flagową, inne miały podniesione polskie flagi, barwy narodowe i białe orły. Paradę rozpoczynał jacht „Husaria” w pełnej gali flagowej. Jachty płynęły dookoła zakotwiczonego STS „Fryderyk Chopin”
Z pokładu żaglowca widok licznych jachtów z polskimi flagami i białymi orłami, przepływającymi blisko burty był imponujący.
Najbardziej widoczni w swoich koszulkach byli żeglarze z Kanady: Toronto i Vancouver.
22
Vancouverska załoga na czarterowanym jachcie, ubrana w zlotowe koszulki wyglądała bardzo efektownie.
22a
Na jachcie czarterowanym przez żeglarzy z Toronto wszyscy w niebieskich koszulkach zlotowych. Komandor "Alex" macha ręką, pozdrawiając żeglarzy na flagowym żaglowcu.
23
Na zakończenie STS „Fryderyk Chopin” podniósł kotwice i pod żaglami oddalił się od jachtów biorących udział w paradzie obierając powrotny kurs na Martynikę
 
Obok przypomnienia światu i Polsce postaci pierwszego polskiego żeglarza, który pod żaglami opłynał ziemie - impreza ta była wspaniałym widowiskowym i towarzyskim spotkaniem polskich żeglarzy z różnych stron świata.
 
Autor tego tekstu miał okazje spotkać wielu żeglarzy, z którymi od lat utrzymywał kontakt internetowy, ale dotychczas nie miał okazji spotkać się osobiście.
Duże wyrazy uznania i podziękowanie dla komandora zlotu kpt. Jerzego Knabe i jego współpracowników.
 
Fotografie i tekst Jerzy Kuśmider


Polski Program Radiowy w Vancouver (1984-1990) CJVB 1470 AM ,

 

0 Jerzy Kusmider Producer CJVB Radio.jpg

 

Wspomnienia - Jerzy Kuśmider, kierownik "producer" w latach 1984-1990

Do Vancouver przyjechałem z Toronto w październiku 1981 roku i od razu włączyłem się aktywnie do życia polonijnego. Był to okres masowego napływu nowych emigrantów z Polski, tzw. emigracja „solidarnościowa”. W krótkim czasie zostałem prezesem Stowarzyszenia Techników Polskich, Oddział w BC. Organizowałem kursy adoptacji zawodowej dla nowoprzybyłych inżynierów i techników. Byłem współzałożycielem Towarzystwa Przyjaciół Solidarności w Vancouver i ogólnie działałem w różnych organizacjach polonijnych. 

 

W tym okresie w Vancouver nadawane były dwa polskie programy radiowe z dwóch niezależnych radiostacji:

1) Polski Program Radiowy - Radiostacja CJVB 1470 AM, nadawany w każdą niedzielę od godziny 14:30 do 15:30, kierowany przez Stanisławę Małczyńską (popularnie nazywaną „Stasia”).

11 Stasia Malczynska CJVB.JPG

Stasia Małczyńska

Zaraz po tym programie była nadawana z przysyłanej z USA taśmy, półgodzinna audycja: „Godzina Różańcowa Ojca Justyna z Buffalo NY”.

 

2) „Polska Fala nad Pacyfikiem” - Radiostacja CJJC, program kierowany przez Mariana Różewicza.

33 Marian Rozewicz.jpg

Marian Różewicz

Na samym początku mojego pobytu w Vancouver, jeszcze w gorącym okresie Stanu Wojennego w Polsce współpracowałem z tym programem.

Współpracowałem też z nowopowstałym polskim programem telewizyjnym na kanale 10 kierowanym przez Andrzeja Włodykę. Program ten nadał swoją pierwszą półgodzinną audycje 21 września 1981 roku, ale istniał bardzo krótko. Nadał tylko dwadzieścia kilka audycji.

 

Historia polskich programów radiowych w Vancouver sięga lat wcześniejszych.

W książce „Polacy w Brytyjskiej Kolumbii”. Wyd. 1988 czytamy:

 

„18 stycznia 1976 roku nadany został pierwszy program „Polska Fala nad Pacyfikiem” pod auspicjami Kongresu Polonii Kanadyjskiej i kierownictwem Mariana Różewicza…Program nadawany był na stacji CJVB do dnia 3 grudnia 1978 r, kiedy to na skutek nieporozumień z dyrekcją radiostacji, KPK przeniósł program do stacji CJJC w Langley.

Dnia 13 grudnia 1981 zarząd Kongresu zrezygnował z patronowania audycji radiowej i przekazał obowiązki związane z kontynuowaniem programu Federacji Polek, Ogniwo Nr 4. Wysokie opłaty za audycje (700-800$ miesięcznie) a także wydatki administracyjne i brak odpowiednich reklam handlowych, zmusiły Federacje Polek w końcu sierpnia 1982 do zrezygnowania z dalszego prowadzenia audycji…”

Pomimo braku wsparcia organizacji, dzięki osobistym wysiłkom Mariana Różewicza program kontynuował swoją działalność.

 

4 Stasia Malczynska.JPGStanisława „Stasia” Małczyńska we wspomnianej książce tak pisze o wcześniejszej działalności programu na stacji CJVB:

(Uwaga: W tekście tym zauważyłem, kilka drobnych nieścisłości i niezgodności, ale ze względów historycznych zamieszczam go bez zmian i komentarza.)

     55 Polski Program Radiowy w Vancouver S. Malczynska (Polacy w BC).jpg

Nowy Polski Program Radiowy na stacji CJVB 1470 AM powstał w roku 1978 z inicjatywy Mieczysława Latka, znajomego właściciela tej stacji, którym był Jan van Bruchem. 

66 Mike Latek 1986.jpg

Mieczysław Latek (pierwszy z lewej strony) był największym w tamtych czasach polonijnym businessmanem. Prowadził on Import-Export z Polską i Europą. Niezbyt miał czas na robienie programu. W prowadzeniu programu pomagał mu jego syn Wojciech oraz później zięć Janusz Król.

 

W styczniu 1981 roku Stasia Małczyńska przejęła prowadzenie programu. Była ona młodą kobietą z czwórką małych dzieci. Pracowała zawodowo w pełnym wymiarze czasu, wychowywała dzieci i jednocześnie była aktywna w życiu polonijnym, przede wszystkim program radiowy absorbował jej bardzo dużo czasu. Musiała dzielić rolę matki, żony i działaczki społecznej. Program był nadawany na żywo w każdą niedzielę z radiostacji znajdującej się w centrum Vancouver.

77 Stasia Malczynska i wspolpracownicy CJVB Radio.jpg

Stasia Małczńska (druga z prawej).

Pomagał jej Toni Jochlin (pierwszy z prawej), którego zadaniem było przygotowywanie i czytanie na antenie wiadomości. Okazyjnie pomagały jej inne osoby: Bogdan Idzikowski (trzeci z lewej), Witold Witkowski (drugi z lewej) i ja (pierwszy z lewej). Pomagała jej również moja żona Elżbieta, która podczas nadawania programu dyżurowała przy telefonie. Słuchacze telefonowali z różnymi sprawami: ogłoszenia, sugestie i uwagi np., że nie podoba im się muzyka itp. Elżbieta z anielską cierpliwością odpowiadała i uspakajała malkontentów.

W tym czasie w Polsce był stan wojenny a w Kanadzie jeszcze nie skończyły się czasy „paranoi” antykomunistycznej. Jeżeli ktoś chciał komuś zaszkodzić to nazywał tą osobę „komunistą”. Nie była to sprawa tylko Polaków. Na przykład u południowego sąsiada Kanady, nie jedna gwiazda filmowa, naukowiec albo działacz zostali zniszczeni tylko przez przypięcie im „łatki”, że jest „komunista”. Taka była historia na kontynencie amerykańskim i nie dotyczyło to tylko naszej polskiej grupy etnicznej.

Podobnie bywało też ze Stasią. Na przykład na jednym z zebrań w największej organizacji polonijnej w Vancouver, niezadowolony malkontent w bardzo wulgarny sposób, publicznie wyzwał ją od „komunistek”…, bo na antenie zagrała piosenkę „Ukochany Kraj, Umiłowany Kraj” w wykonaniu „Mazowsza”.

Antykomunistyczna „paranoja” nie ominęła też Mariana Różewicza, który jak wspomniałem prowadził program radiowy „Polska Fala nad Pacyfikiem”. Utrzymanie programu było bardzo kosztowne. Próbował on załatwić możliwość nadawania, praktycznie bezpłatnego programu ze stacji, Co-op Radio w Vancouver, ale niektórzy uważali wtedy, że stacja ta jest finansowana przez „partie komunistyczną” i zrezygnował z negocjacji z tą radiostacją.

 

Po trzech latach, Stasia była już zmęczona prowadzeniem programu, pomimo, że jej mąż Miecio bardzo ją wspierał i brał na siebie obowiązki rodzinne. Szukała kogoś odpowiedniego, kto mógłby przejąć jej kierownictwo programu i zaproponowała mi to zajęcie.

Dobrze wiedziałem, w jakiej sytuacji i warunkach prowadziła ona ten program. Miałem trochę obaw, ale moja żona Elżbieta obiecała mi pomagać. Toni Jochlin zgodził się nadal prowadzić dział wiadomości pod moim kierownictwem i w rezultacie zdecydowałem na podpisanie kontraktu z radiostacją.

88 1984.07 Zlot Harcerski Cultus Lk. Jerzy Kusmider  nowy Kierownik Polskiego Pr. Radiowego CJVB.jpg

Polonia w Vancouver oficjalnie dowiedziała się o zmianie kierownictwa programu, w lipcu 1984 roku na obozie harcerskim w Cultus Lake.

99 1984.07 Zlot Harcerski Cultus Lk. Msza Sw..jpg

Na obóz zostali zaproszeni liczni przedstawiciele i działacze organizacji polonijnych z Vancouver. Podczas tego obozu miało miejsce przykre wydarzenie. W nocy, śpiąc w namiocie zmarł nagle na zawal serca Harcmistrz Marian Różewicz, redaktor programu radiowego „Polska Fala nad Pacyfikiem”.

W takiej sytuacji zostałem kierownikiem jedynego polskiego programu radiowego i jednocześnie jedynego polonijnego środka przekazu w Vancouver, gdzie w tamtych czasach nie było żadnej polonijnej gazety ani regularnego programu telewizyjnego.

 

W roku, 1984 kiedy przejąłem kierownictwo programu, w Polsce stan wojenny oficjalnie skończył się, ale cały czas funkcjonowała bardzo dokładna cenzura, środków przekazu. Władze PRL walczyły o utrzymanie systemu i oczywistą sprawą była chęć kontroli polonijnych mediów.

Bardzo wiernymi słuchaczami mojego programu byli marynarze polskich statków rybackich, które często i długo stały w porcie Vancouver, gdzie zmieniały się załogi. Wiadomości, które przekazywałem na antenie mojego programu dla niejednego marynarza miały wpływ na podjęcie decyzji, wracać do kraju, czy starać się o pozostanie w Kanadzie? Załogi tych statków były spragnione prawdziwych informacji z kraju. Dlatego program mój był w centrum uwagi różnego typu agentów. Poza granicami władze PRL miały ograniczone możliwości, ale cały czas musiałem uważać i rozpoznawać tych agentów. Przestudiowałem książkę wydaną na zachodzie pt. „Czarna księga cenzury PRL” napisaną po ucieczce do Szwecji cenzora i wywiezieniu tajnych informacji o działalności cenzury w mediach. Czytałem też o działalności służb bezpieczeństwa PRL. Wszystko to ułatwiało mi prowadzenie programu i stałą walkę z różnego typu intrygami inspirowanymi przez te służby, bezpośrednio lub przez „podpuszczanych” nieświadomych polonusów. Niektóre osoby z SB kręcące się wokół programu rozpoznawałem, ale wolałem je bardziej kontrolować niż eliminować, bo przyszły by inne i musiałbym je na nowo rozpoznawać.

 

Organizacja i format programu

W okresie 6 lat prowadzenia przeze mnie programu warunki umowy z radiostacją nieznacznie zmieniały się w zakresie opłat i wymogów merytorycznych. 

Radiostacja była prywatna, niefinansowana przez rząd ani żadną organizacje kanadyjską, jak to się niektórym osobom wydawało. Czas na antenie był płatny. Polski Program miał do dyspozycji jedną godzinę czasu antenowe na tydzień. W każdą niedzielę od 14:30 do 15:30. Po moim programie była nadawana półgodzinna audycja w języku polskim „Godzina Różańcowa Ojca Justyna z Buffalo”. Program ten był nadawany z taśmy nagranej w USA i nie miał żadnego związku z moim programem, jedynie ja obsługiwałem pulpit kontrolny radiostacji, co było uwzględnione w warunkach finansowych mojego kontraktu.

W ramach kontraktu z CJVB 1470 AM, płaciłem radiostacji ustaloną tygodniową sumę. Do mojego godzinnego programu musiałem wstawiać ogłoszenia handlowe i publiczne opłacone bezpośrednio do radiostacji. Ogłoszenia te najczęściej musiałem tłumaczyć na język polski.

Największy problem miałem z tzw. „Canadian Content” to znaczy według CRTC (rządowej agencji kontrolującej radiofonie w Kanadzie). Musiałem do programu wstawiać piosenki i melodie wykonawców kanadyjskich. Jednocześnie program w 100% miał być polskojęzyczny. Na początku mojego kierownictwa programu było wymagane 30%, później zredukowano do 10% tych kanadyjskich utworów, co było bardziej realne do stosowania się. W tamtych czasach było bardzo mało nagrań w języku polskim stworzonych przez mieszkańców Kanady. Zmuszony byłem czasami oszukiwać i „odfajkowywać” na oficjalnym logu programu trzy fajeczki przy trzech z dziesięciu piosenek zwykle granych podczas całego programu.

Gorzej było, jak co jakiś czas miałem kontrole i musiałem wpisywać do załącznika logu, tytuły i nazwiska wykonawców. Wtedy wyciągałem nieliczne płyty, które miałem do dyspozycji i byłem OK z wymaganiami rządowymi, ale od razu narażałem się na krytykę słuchaczy, że znowu te same „usia siusia” zespołu ludowego z Toronto, albo instrumentalne utwory Kohena, Kanadyjczyka z polskim korzeniami.

Podobne reklamacje leciały jak grałem zbyt często „Ave Maryja”, które było najczęstszym życzeniem słuchaczy płacących za podanie wiadomości o zgonie jakiejś osoby. Przy takich okazjach program dostawał hojne dotacje, więc musiałem grać i jednocześnie narażać się na krytykę i komentarze. Dodatkowym problemem było to, że jedyna posiadana przeze mnie płyta gramofonowa z nagraniem „Ave Maryja” miała ponad 5 minut a skrócić nie mogłem, bo kto płaci to wymaga.

W tamtych czasach nie było komputerów i obecnych zdobyczy techniki. Płytki CD zaczęły pokazywać się dopiero pod koniec kierowania przeze mnie programu, ale do radiostacji jeszcze nie dotarły.

1010 CJVB magnetofony tasmowe.jpg

Wszystko było nagrywane na magnetofonach taśmowych z dużymi szpulami. Muzyka była z płyt gramofonowych lub kasetek. Ogłoszenia i reklamy, stałe bloczki programu np. czołówka, zakończenie itp., było nagrywane na dużych kasetkach z taśmą o zamkniętym obwodzie. Podobne do używanych w tamtych czasach kaset „8-track”.

1111 Magnetofon tasmowy w domu.jpg

 W domu miałem magnetofon szpulowy z mikserem i mogłem w ciągu tygodnia przynajmniej częściowo nagrać materiał do programu. Jakość nagrania była trochę gorsza, bo moje mieszkanie na 11 piętrze wieżowca obok ruchliwej ulicy nie miało radiowej akustyki.

1212 Reporter Wizyty JP II.jpg

Wywiady i reportaże w terenie nagrywałem na magnetofonie kasetowym.

 

13 1984 Wizyta JP II.jpgPodczas wizyty Ojca Świętego Jana Pawła II w Vancouver w roku 1984 byłem akredytowanym reporterem do obsługi medialnej.

1414 reporter.jpg

Nagrywałem reportaż podczas uroczystości i Mszy Świętej na lotnisku w Abotsford. Ojciec Święty przeleciał potem helikopterem do Vancouver a ja medialnym autobusem z wieloma reporterami przejechałem przez kordony policyjne na Stadion BC Place, gdzie była następna uroczystość z udziałem Jana Pawła II. Byłem chyba nielicznym Polakiem w Vancouver, który był na spotkaniu z Ojcem Świętym dwa razy w tych dwóch odległych od siebie miejscach.

1515 Kardynal J. Glemp.jpg

Robiłem też reportaż z wizyty w Vancouver kardynała Józefa Glempa.

 

16 Expo86 Media1.jpgPodczas Światowej Wystawy Expo 1986, byłem akredytowanym reporterem i przez pół roku trwania wystawy miałem wstęp na wystawę oraz towarzyszące imprezy.

Radiostacja CJVB, co roku brała udział w świątecznym „Timmy’s Xmas Telethon”, podczas, którego zbierano dotacje na organizacje charytatywną pomagającą chorym dzieciom. Polski program też uczestniczył w tej dobroczynnej akcji.

Podczas „Telethon” program nadawany był z teatru Queen Elizabeth w Vancouver, gdzie odbywały się różne występy. Grupa moich współpracowników aktywnie pomagała mi.

1717 Telethon.jpg

Od lewej stoją: Toni Jochlin, Bogdan Idzikowski i moja żona Elżbieta. Ja przy mikrofonie.

 

Każda niedziela była dla mnie pracowitym dniem. Zaczynałem od Polskiego Kościoła Św. Kazimierza w Vancouver. Po Mszy Św. spotykałem słuchaczy, którzy przekazywali mi teksty ogłoszeń, opłaty i dotacje na utrzymanie programu. Był to mój dobry kontakt ze słuchaczami, bo wtedy nie istniał Internet, nawet fax też był mało znany a poczta dostarczała korespondencje zbyt długo. Z kościoła szybko jechałem do studio w centrum Vancouver.

 

Studio montażowe miałem do dyspozycji około jednej godziny przed programem. Mogłem w tym czasie przygotować materiał do programu. Zwykle nagrywałem tylko część tekstów, komentarzy, życzeń itp. Czasami nawet zdążyłem wmontować kilka melodii

O godzinie 14:30 zaczynał się mój czas antenowy. Przechodziłem do innego pokoju i siadałem przy głównym pulpicie kontrolnym radiostacji. Czołówka z polonezem Chopina leciała z taśmy. Do mikrofonu mówiłem na żywo. Tak samo, na żywo miksowałem przygotowane wcześniej taśmy, muzykę najczęściej z płyt gramofonowych a reklamy z kasetek o zamkniętym obiegu. Czasami miałem zaproszonych gości na wywiady, albo komentarze to najczęściej nagrywałem wcześniej, ale czasami puszczałem też na żywo.

1818 pulpit kontrolny radiostacj.jpg

Wiadomości były czytane na żywo. Na początku mojego kierownictwa programu przygotowywał i czytał Toni Jochlin. Potem zmieniali się kolejni współpracownicy: Bogdan Idzikowski (działacz Solidarności), Damian Balinowski (zaczynał u mnie a później robił to samo w kanadyjskich programach oraz na Hawajach).

1919 JK, Joanna Komorowska, M. Nowak.jpg

Na zdjęciu toast szampanem po nadaniu programu świątecznego.

Maciej Nowak (z prawej strony) współpracował ze mną najdłużej, ale tak jak większość moich „news dirctor” ograniczał się głównie do wiadomości. Przez dłuższy czas aż do końca mojego kierowania programem oprócz Macieja, pomagała mi w różnych sprawach programowych Joanna Komorowska (w środku).

W między czasie przewinęło się kilka innych osób przygotowujących wiadomości albo pomagających w innych sprawach programowych jak na przykład: Beata Szczęsna, Barbara Nodzykowska, prezesi KPK: Józef Stawecki i Bolesław Wiliński.

Byli też tacy, którzy pomagali tylko do momentu napisania przeze mnie listu referencyjnego, że współpracują z programem radiowym i co w nim robią. Każda pomoc dla programu była bardzo przydatna, ale często ja sam musiałem być uniwersalny i robić wszystko jak brakowało pomocników.

Przygotowywanie wiadomości z Polski, Kanady i świata nie było takie proste jak obecnie, bo nie było Internetu. W radiostacji był dalekopis prasowy, ale pomimo burzliwych wydarzeń w Polsce nie było zbyt wiele wiadomości. Dużo informacji było na podstawie prasy polonijnej z Toronto i USA, ale oczywiście było to z dużym opóźnieniem. Wielu słuchaczy nie dostrzegało tego, bo to i tak było jedyne źródło informacji w języku polskim na zachodnim wybrzeżu Kanady. W okresie sześciu lat prowadzenia przeze mnie programu, Polska przeżywała olbrzymie przemiany społeczna gospodarcze, obradował „okrągły stół” a w moim programie trzeba było starać się, żeby przekazywać w miarę najnowsze wiadomości.

Stałym współpracownikom przygotowującym i czytającym wiadomości płaciłem z kasy programu symboliczne wynagrodzenie za poświęcany czas. Była to forma bardziej zachęty do ciągłości pracy niż faktyczne wynagrodzenie, bo inni pomagający mi w programie przychodzili najpierw pełni zapału, ale jak orientowali się, że jest to regularna praca a nie medialna zabawa to szybko odchodzili.

 

Finansowanie programu, czyli zdobywanie funduszy było dla mnie bardziej pracochłonne niż robienie samego programu. Tylko ogłoszenia i reklama nie wystarczały na zapłacenie czasu antenowego.

Mój kontrakt z radiostacją był dość złozony

Część ogłoszeń była opłacona bezpośrednio do radiostacji CJVB i ja miałem obowiązek umieścić je w programie. Za ogłoszenia tzw. sponsorów, czyli polonijne bussinesy i organizacje, opłaty wpływały do kasy mojego programu.

Jeden z głównych wpływów finansowych programu, był koncert życzeń: na imieniny, urodziny, zgony, o których pisałem powyżej i inne okazje. Słuchacze dostarczali teksty i niestety często wybierali sobie utwory muzyczne, co czasami kolidowało z resztą programu, ale za to płacili.

Zwykle przed świętami Bożego Narodzenia wykupywałem dodatkowy czas antenowy i nadawałem specjalny program z życzeniami świątecznymi. Dochód z opłat za te życzenia był bardzo ważny, bo przez okres całego roku uzupełniał niewystarczające miesięczne wpływy.

Przygotowanie takiego dodatkowego programu, czyli zebranie kilkudziesięciu tekstów życzeniowych, ułożenie je w odpowiedniej kolejności, dobranie muzyki i świątecznych komentarzy oraz nagranie tego na taśmę wymagało bardzo dużo pracy. Nadanie tego na antenie na żywo praktycznie było nie możliwe.

Dodatkowa trudność polegała na możliwości uzyskania studia montażowego, bo na moim domowym magnetofonie szpulowym nie wszystko byłem w stanie zrobić. Nie jeden etniczny program stacji CJVB robił to samo i często jedyna możliwość zarezerwowania studio była w nocy. Moja żona wtedy często pracowała w nocy a mieliśmy małe dziecko. Nie mieliśmy, z kim zostawić malucha na całą noc i ja śpiące dziecko wyciągałem z łóżeczka, wiozłem je do radiostacji, kładłem niemowlaka na podłodze i mogłem w tym czasie zająć się przygotowaniem programu.

Musiałem dawać sobie radę w każdej sytuacji i bardzo byłem zadowolony, że zwykle nie byłem sam i znajdywałem pomocników do takich nagrań np. Joanna Komorowska pomagała mi dodając swój kobiecy głos, żeby przeplatać na dwa głosy czytane życzeń.

2020 Zabawa w SPK.jpg    2121 Koncert Buleczka.jpg

Polonijne zabawy taneczne były też dużą pomocą w utrzymaniu programu. Organizowałem je głównie w lokalu Stowarzyszenia Polskich Kombatantów przy ulicy Kingsway w Vancouver. Organizacja ta była bardziej życzliwa programowi niż Polskie Towarzystwo „Zgoda” gdzie zabawy organizowałem rzadziej.

Organizowanie koncertów polskich artystów też zasilało fundusz programu. Oprócz tych powyższych wpływów finansowych miałem drobne dodatki, na przykład sprzedaż książek, głównie „Kalendarza Polskiego” wydawanego w Chicago. Przy okazji ich sprzedaży i dostarczenia do domu, dostawałem dotacje na prowadzenie programu.

 

Sprawy finansowe miały duże odbicie w relacjach z polonijnymi organizacjami w Vancouver. Chciały one kontrolować i narzucać mi, co i jak mam robić, co nadawać i jak prowadzić program, jednocześnie nie chciały i nie były w stanie pokryć wszystkich kosztów. Z drugiej strony, radiostacja, z którą miałem prywatny kontrakt i osobistą prawną odpowiedzialność nie wyrażała zgody na kontrolę programu przez osoby trzecie. Ja musiałem sprawy rozgrywać dyplomatycznie, ale pomimo tego, co jakiś czas rozpętywały się, jak ja to nazywałem „wojny radiowe”. Rozumiałem, że było to w dużej mierze rozpętywane przez agentów SB i nieświadomie „podpuszczane” przez nich osoby.

 

Osoby bardziej zainteresowane tymi „wojnami” zachęcam do przeczytania korespondencji i wyciagnięcia własnej opinii. Zestaw tych materiałów jest tylko przykładem tego, co niestety absorbowało mój czas podczas całego okresu prowadzenie przeze mnie programu.

22http://pu.i.wp.pl/bloog/94328245/603083/22_List_CJVB_do_KPK__eO_big.jpg

23http://pu.i.wp.pl/bloog/94328245/603083/23_List_CJVB_do_KPK__7Y_big.jpg

24http://pu.i.wp.pl/bloog/94328245/603083/24_Zalacznik_1a_s4_big.jpg

25http://pu.i.wp.pl/bloog/94328245/603083/25_Zalacznik_1b_jf_big.jpg    

Proszę zwrócić uwagę, że pod „sprawozdaniem” (załączniku Nr.2) tendencyjnie dyskredytującym mnie przez tzw. „Komitet”, nikt nie podpisał się imiennie. Jedynie wykreślono organizację SPK, która nie chciała mieszać się do tych spraw. To były metody działania, z którymi ja spotykałem się na bieżąco.

26http://pu.i.wp.pl/bloog/94328245/603083/26_1986_KPK_3_zal_2b_EP_big.jpg 

 

Po kilku latach prowadzenia programu chciałem zrezygnować, ale nie było odpowiednich osób, które mogłyby i chciały przejąć kierownictwo. Kto wiedział, na czym polegało moje kierownictwo i w jakich warunkach polonijnych pracowałem, to nie był zainteresowany.

Właściciel radiostacji był bardzo życzliwy polskiemu programowi, ale „business is business”, z organizacjami nie chciał wchodzić w kontrakty, bo miał doświadczenie z wcześniejszych lat.

Chciałem zrezygnować, ale jak to było zrobić, żeby nie stracić autorytetu osobistego i żeby malkontenci nie mówili, że „wyrzucono mnie z radiostacji” i inne oszczerstwa, których na bazie doświadczeń mogłem spodziewać się.

 

Na szczęście w tej sytuacji zapowiadały się zmiany w radiostacji. Właściciel Jan van Bruchem zamierzał iść na emeryturę i sprzedać radiostacje. Żeby korzystniej sprzedać business potrzebował wykazać w księgowości większe wpływy z Polskiego Programu, który cały czas był i tak na ulgowych zasadach, poniżej cennika radiostacji. Taki układ istniał przez lata, bo niewątpliwie dyrekcji radiostacji zależało na utrzymaniu większej ilości języków na antenie, bo radiostacja miała licencje na programy wielokulturowe i liczył się każdy język a niestety z polskojęzycznego programu trudno było uzyskać wyższe wpływy.

Na wiosnę 1990 roku dostałem propozycje odnowienia kontraktu ze znacznie wyższymi opłatami. Poinformowałem o tym na antenie programu i prosiłem o konkretne wsparcie finansowe.

1 lipca 1990 roku została nadana ostatnia audycja pod moim kierownictwem i ogłosiłem zawieszenie nadawania programu na okres letni do czasu uzyskania odpowiednich gwarancji finansowych, lub znalezienia innej chętnej osoby do prowadzenia programu.

Mój kilkuletni współpracownik przygotowujący i czytający wiadomości na antenie mojego programu Maciej Nowak zdecydował spróbować i zgodził się na nowe warunki opłaty znacznie wyższe niż ja płaciłem. Nie wiem jak chciał on finansować program… może jemu i niektórym polonusom wydawało się, że jak ja odejdę to polonia i organizacje będą popierać finansowo, co oczywiście było nie realne.

Podczas zawieszenia nadawania programu, niedzielny czas audycji został wykupiony przez inny program. Jedyne, co było możliwe to nadawanie w środę wieczorem.

27 Maciej Nowak -ulotka.jpg

17 października 1990 roku została nadana pierwsza audycja pod nowym kierownictwem Macieja Nowaka. Pomagałem mu trochę w przygotowywaniu programu, ale już w bardzo ograniczonej formie. Kilkakrotnie na antenie jego programu wygłaszałem odezwy o wspieranie finansowe programu.

 

Wkrótce okazało się, że musi on dokładać ze swoich pieniędzy na opłacenie czasu antenowego. Ja osobiście, po wieloletnim prowadzeniu programu, miałem dobre układy z właścicielem radiostacji. Przedstawiłem mu sytuację finansową programu i sytuację nowego kierownika Macieja Nowaka. Wynegocjowałem umorzenie wysokich kar umownych za zerwanie kontraktu. Właściciel zgodził się na tygodniowe wymówienie i zapłacenie tylko bieżących opłat.

Analizując całokształt powodów zamknięcia Polskiego Programu Radiowego na Stacji CJVB Radio 1470 AM w Vancouver, trzeba powiedzieć, że niewątpliwie duży wpływ na to miały przemiany społeczno-polityczne, jakie nastąpiły w Polsce w roku 1990. Rozpad systemu komunistycznego zmienił też mentalność „paranoi” antykomunistycznej. Wspomnę, że kiedy ja zaczynałem prowadzenie kosztownego programu na prywatnej stacji, Marian Różewicz próbował negocjować nadawanie programu ze stacji, Co-Op Radio w Vancouver. Zrezygnował, bo wtedy nazwano by go komunistą.

7 lat później mentalność polonii zmieniła się i mógł powstać Polski Program Radiowy „NoFa” nadawany ze stacji, Co-Op Radio w Vancouver. Program ten istnieje do chwili obecnej i nadawany jest bez opłat za czas antenowy, jedynie zbierane są niewielkie dotacje od słuchaczy programu na pokrycie drobnych kosztów.

Po zamknięciu programu było mi trochę żal, że program nie istnieje. Lubiłem prace medialną, i w krótkim czasie zacząłem wydawać „Polski Przewodnik Handlowy w Vancouver”. Był to rocznik w rodzaju książki telefonicznej.

28 Polski Przewodnik Handlowy w Vancouver 1991-9.jpg

Pierwsze wydanie w roku 1991 było tylko czterostronicowe, ale późniejsze wydania rozrastały się i było zwykle 20 stron wypełnionych małymi okienkami ogłoszeń handlowych i polonijnych.

Wkrótce zaczęły powstawać gazety polonijne, kolejne polskojęzyczne programy radiowe i telewizyjne. Niektóre z nich działają do chwili obecnej.

W roku 1999 zakończyłem wydawanie „Polskiego przewodnika Handlowego w Vancouver”. Rozwinął się Internet i ja swoje zainteresowania medialne realizuje redagując strony internetowe w języku polskim, które informują o życiu polonijnym w Vancouver. Robię też bardzo dużo filmów, które można oglądać na You Tube. Dużo z tych filmów to reportaże z życia polonijnego w Vancouver.

 

To, co napisałem w powyższym opracowaniu, jest tylko małym wycinkiem historii mediów polonijnych w Vancouver. Dla współczesnych czytelników i młodszej emigracja dużo z wątków, które poruszyłem może wydawać się niezrozumiałe. Organizacje i ludzie oraz ich mentalność zmienia się, ale ponad ćwierć wieku temu tak było, historii nie powinniśmy zmieniać. Starałem się pisać jak najwierniej to, co pamiętam i to, co odszukałem w moich archiwach. Zrobiłem to dla zachowania w pamięci tych, co jeszcze żyją oraz dla przyszłych historyków, którzy może kiedyś będą analizować te bardzo burzliwe czasy polskiej imigracji w Kanadzie.

 

Jerzy Kuśmider

(luty 2015)



Wspomnienia krótkofalarskie

 

 

Zaczęło się w Pałacu Młodzieży w Warszawie SP5PKN 
 

Mój brat Grzegorz od najmłodszych lat interesował się elektroniką. Zapisał się do sekcji radioamatorskiej w Warszawskim Pałacu Młodzieży i zmontował tam małe radyjko tranzystorowe, co w tamtych czasach na początku lat 60-tych ubiegłego stulecia było wielką sensacją wśród rodziny i znajomych.

Ja również uczęszczałem do tego Pałacu, ale do sekcji modelarstwa okrętowego i zaczynałem żeglowanie.

Niedługo potem mieliśmy w mieszkaniu wizytę dzielnicowego z komendy MO (milicji Obywatelskiej). Pytał najpierw o brata i zadawał różne głupie pytania. Wystraszona mama i brat odpowiadali nie wiedząc, o co chodzi. Wreszcie okazało się, że powodem wizyty była licencja krótkofalowca, którą otrzymał w roku 1965, znak SP5AZQ.

SP5CJU (w słuchawkach) i Grzegorz SP5AZQ.

 

Na własnoręcznie zbudowanej radiostacji zaczęły się pierwsze łączności radiowe na CW. Mnie się to spodobało i szybko nauczyłem się radiotelegrafii.

Razem zGrzegorzem bardzo dużo czasu spędzaliśmy w Klubie Krótkofalowców w Pałacu Młodzieży SP5PKN gdzie instruktorem był nieżyjący już Henryk Misior SP5PM, wspaniały instruktor i pedagog, który potrafił zarazić młodzież pasją krótkofalarską. Ci, co przychodzili nie mieli czasu na stanie w bramach, picie piwa pod budką albo robić jakieś rozróby.

Na początek dostałem znak nasłuchowca SP5-1158. W krótkim czasie miałem karty QSL z ponad 200 krajów DXCC. Teraz po latach mogę przyznać się, że byłem też UNLIS. Słysząc ciekawszą stacje DX, robiłem QSO pod znakiem brata.

Koledzy nadawcy podśmiewali się z nasłuchowców, że „nasłuchowiec i eunuch jedną chodzą drogą, obaj wiedzą jak trzeba, lecz obaj nie mogą...”. Może, dlatego szybko zrobiłem swoją licencje i znak SP5CJU w roku 1968.

Grzegorz nie miał czasu na łączności, bardziej pociągała go strona techniczna a ja odwrotnie, bo na sprawach technicznych znałem się tylko tyle żeby zdać egzamin na licencje. On budował i usprawniał radiostacje a ja testowałem robiąc łączności.

W klubie SP5PKN uczyłem kolegów sztuki radiotelegrafii, a w domu robiłem dużo DX-ów. Sprawiałem wrażenie doświadczonego krótkofalowca, bo dla wielu równało się to z wiedzą techniczną i dlatego często zadawano mnie pytania i oczekiwano porady jak rozwiązać różne problemy techniczne. Zawsze odpowiadałem, udawałem mądrą minę, radziłem, ale tak żeby praktycznie nic nie powiedzieć. Koledzy słuchali z aprobatą, tylko mój brat słuchając tego z boku musiał powstrzymywać się od śmiechu, bo wiedział, że ja udaje i blefuje swoją małą wiedzą.

Pewnego razu Telewizja Polska w ramach cyklu programu „Telewizyjny ekran Młodych” robiła reportaż na temat zainteresowań młodzieży. Redaktor Tadeusz Kraśko, ojciec Piotra obecnie znanego reportera Telewizji Polskiej, zwrócił się do Pałacu Młodzieży o wskazanie odpowiednich osób.

Od razu wybór padł na nas, braci dzielących wspólną pasje krótkofalarstwa.

Nasze mieszkanie i mały pokoik z radiostacją zmienił się w studio TV. Redaktor Kraśko chciał żebym opowiedział coś ciekawszego. Przypomniała mi się moja pierwsza łączności ze stacja z USA i opowiedziałem:

Wstałem w środku nocy, bo miała być dobra propagacja. Stroję radiostacje, ale cos nie tak jak normalnie. Zaglądam do środka nadajnika a tam widzę, że lampa GU50 za jasno świeci, robi się najpierw czerwona i za chwilę biała. Z przerażeniem czekam i myślę sobie, że może ona wybuchnąć, ale ja uparty nie daje za wygraną, wołam CQ i od razu odpowiada mi z bardzo dużą siłą stacja z Louisiany.

Ekipa telewizyjna słuchała tego z przerażeniem nie przerywając mojej wypowiedzi tylko po wyłączeniu mikrofonów zapytali naszą mamę czy nie boi się, że synowie mogą spalić cały dom.

Koledzy z klubu po obejrzeniu w telewizji tego reportażu p.t. „QRZ, - czyli: kto mnie wołał?”, Pytali uśmiechając się, jaką moc doprowadziłem do tej lampy GU50? Ja oczywiście odpowiadałem, też uśmiechając się, że tylko 50 Wat tyle, co zezwala moja licencja.

Ciekawe życie klubowe odbywało się nie tylko w klubie. W lokalu Zarządu Głównego PZK a właściwie w sąsiednim pokoju Zarządu Okręgowego w Warszawie, który mieścił się na Wisłą blisko Trasy WZ. Co tydzień przychodzili tam krótkofalowcy z Warszawy i okolic. Była tam okazja spotkać osobiście tych, z którymi rozmawiano przez radiostacje.

Czasami przychodziło zbyt dużo osób i wtedy delikatnie mówiąc wyganiano nas, argumentując, że to jest biuro a nie klub i żeby spotykać się w klubach. Nic to nie pomagało, bo koledzy argumentowali, że przyszli odebrać swoje karty QSL. Na to był kontrargument żeby przychodził tylko jeden QSL manager z poszczególnych klubów. W rezultacie były to fajne i można powiedzieć tradycyjne cotygodniowe spotkania.

 

Tratwa  „Wisła - Express 25”


Na jednym z takich spotkań wiosną 1969 roku byłem razem z Grzegorzem i dowiedzieliśmy się, że warszawska gazeta „Express Wieczorny” organizuje imprezę propagandowa z okazji 25 rocznicy PRL. Spływ Wisłą na całej jej długości aż do Gdańska, na tratwie. Organizatorem tego był redaktor Remigiusz Kościuszko, który w ten sposób chciał pokazać od strony rzeki przepływającej całą Polskę sukcesy gospodarcze PRL. Wymyślił on, że przydałaby się na tratwie radiostacja z operatorem do przekazywania do redakcji w Warszawie tekstów artykułów i wiadomości. Szybko zgłosiliśmy się. Ja na odcinek z Sandomierza do Płocka a Grzegorz dalej do Gdańska.

Z ramienia PZK akcją ta kierował Zbigniew Cielecki SP5PA a na tratwie używaliśmy znak SP0PWA/mm.

 

Tratwa była zrobiona z dwóch pływaków z rur aluminiowych połączonych platforma, na której stał namiot, mały żagiel rejowy praktycznie do ozdoby i dwa silniki zaburtowe. Załoga to Redaktor, fotograf, operator radiostacji oraz czasami jacyś goście.

Na dziobie na stoliku bez osłony od deszczu ustawiona była olbrzymia radiostacja specjalnie na tak wielką propagandową imprezę, pożyczona z wojska.

TX miał zakresy do 12.5 Mhz., a więc mieliśmy do dyspozycji tylko 3,5 i 7. Była niezła skrzynka antenowa i na ogół nie było trudności z dostrojeniem kilkunastu metrów drutu. Gorzej było z anteną teleskopową. 

Okazało się, że tak nowoczesny jak na tamte czasy sprzęt nie zdawał egzaminu. Zasilanie dużego urządzenia lampowego wymagało dużo energii elektrycznej. Generator hałasował i redaktor Kościuszko a szczególnie jego fotoreporter denerwował się, bo przeszkadzało mu to w pisaniu artykułów. Akumulatory miały małą pojemność i praktycznie można było nadawać tylko z pracującym generatorem i dlatego przeważnie korzystaliśmy z zasilania sieciowego na przystaniach tam gdzie była możliwość podłączenia.

Na fonii ciężko było przebić się przez zakłócenia a na telegrafii też nie było lepiej, bo brakowało czasu na długie stukanie kluczem. Skończyło się na okazyjnym przekazywaniu krótkich wiadomości a redaktor Kościuszko biegał do telefonu gdzie tylko było to możliwe.

Operator radiostacji był praktycznie bardziej potrzebny jako załoga, co bardzo podobało mi się, bo łączył się z moimi żeglarskimi zainteresowaniami.

W odwiedzanych miastach i wioskach witano nas często tradycyjnym chlebem i solą. Żeby tylko na tym kończyło się, ale więcej niż soli i chleba było tradycyjnej czyściochy, przy której języki rozwijały się.

Powyżej pisałem, że w klubie koledzy myśleli, że znam dobrze sprawy techniczne i radzili się mnie a ja blefowałem. Podobnie było, kiedy goszczący załogę tratwy gazety „Express Wieczorny” myśleli, że jestem też redaktorem. Najczęściej nie wyprowadzałem ich z błędu, że jestem radiooperatorem, bo i tak po kilku głębszych nie docierało to i tylko musiałem wysłuchiwać teksty tego typu: „Panie, albo towarzyszu redaktorze, u nas w powiecie, czy wiosce są takie problemy..., może by coś tak napisać w gazecie? Załatwić jakąś ważną sprawę itp. To napijmy się za ta sprawę” i tak było prawie w każdym miejscu.

W życiu często bywa tak, szczególnie jak się ma nie jedną pasje życiową, że niektóre z nich nawet przez kilka lat mogą być uśpione, żeby powracać do nich i łączyć je ze sobą w innym czasie.

Okres studiów na Politechnice Warszawskiej był wypełniony żeglarstwem morskim i uzyskaniem patentu Kapitana Jachtowego. Byłem wtedy jednym z najmłodszych w Polsce kapitanów.

Dużo podróżowałem, nie tylko na jachcie i odwiedziłem prawie 40 państw.

 

Na ziemi amerykańskiej – N2AXB

 

W pogoni za przygodą i poznawaniem świata, bo nie za tzw. chlebem, w listopadzie 1977 roku wyjechałem z Polski i okrężną droga wylądowałem na kontynencie amerykańskim

W New York zatrzymałem się na dłużej i podjadłem decyzje nie wracania do kraju. Poznałem to miasto z różnych stron nie wyłączając tzw. bagna, w którym żyli nasi rodacy dorabiający się i nie widzący nic poza dolarem i pubem w polskiej dzielnicy.

Jednego dnia krótkofalarstwo zmieniło cały świat otaczający mnie w tym nowojorskim bagienku.

Wybrałem się na wycieczkę do Amerykańskiej Częstochowy w Doylestown w Pensylwanii.

W autobusie poznałem księdza Krzysztofa Małachowskiego, który kierował organizacją „SEAS Institute”, w New York, działającą na rzecz marynarzy, głównie z państw trzeciego świata.

Jednym z projektów było zorganizowanie siatki łączności radiowej stacji amatorskich znajdujących się na statkach różnych bander. Celem było umożliwienie marynarzom przesyłania wiadomości do swoich rodzin w biedniejszych krajach, w których prawo dopuszczało przekazywanie wiadomości dla osób trzecich tzw. „Thirt party tarafic”.

Wielu radio oficerów i marynarzy miało na statkach swoje stacje amatorskie i mogliby nawiązywać QSO z krótkofalowcami na lądzie, którzy by przekazywali wiadomość dalej.

Ja krótkofalowiec i kapitan, wprawdzie jachtowy w jednej osobie byłem dobrym kandydatem to takiej działalności.

Dwa dni później zamieszkałem w budynku Instytutu, zabrałem się do pracy i Instytut oficjalnie wystąpił do Urzędu Imigracyjnego USA o prawo stałego pobytu dla mnie.

Pierwszym punktem było zrobienie licencji amerykańskiej, bo nie było umowy z Polska o wzajemnym uznawaniu licencji krótkofalowych. Odświeżyłem sobie wiadomości oczywiście w języku angielskim, przypomniałem telegrafie i bez problemu zdałem egzamin na licencje. Trochę wynudziłem się na egzaminie i mało nie usnąłem przy tak wolnym tempie, jakie było wymagane na licencje kategorii „General”. Dostałem znak N2AXB

Moja działalność nie trwała długo, bo władze imigracyjne USA przeciągały sprawy w nieskończoność. W międzyczasie Kanada bardziej życzliwa dla Polaków przyznała mi prawo stałego pobytu i musiałem wjechać do niej jak najszybciej żeby tego nie stracić.

 

Moja druga ojczyzna Kanada.  VE7CFA

 

Do Kanady przyjechałem jako emigrant w styczniu 1979, najpierw mieszkałem w Toronto gdzie poznałem moją żonę Elżbietę.

W 1983 roku mieszkając już nad Pacyfikiem w Vancouver dostałem bez egzaminu, bo Kanada miała umowę o wzajemnym uznawaniu, najwyższą kategorie licencji Kanadyjskiej „Advanced Amateur” i znak VE7CFA.

Posiadanie licencji w Kanadzie nie wiązało się z przynależnością klubową. Kluby istnieją, ale bardzo mało krótkofalowców do nich należy. Niektórzy ograniczają się tylko do zapisania do Kanadyjskiego Związku Krótkofalowców, RAC „Radio Amateur of
Canada”, co praktycznie wiąże się tylko z prenumeratą miesięcznego pisma.

Kiedyś była roczna opłata za posiadanie licencji, ale kilka lat temu została zniesiona i licencja jest ważna bezterminowo. Wszystko pozostawione jest do indywidualnej oceny i zainteresowań. Mało, kto bawi się w konstruowanie amatorskich urządzeń. Większość używa fabryczne radiostacje i anteny.

Przez długie lata płaciłem roczną opłatę za swoją licencje nie mając radiostacji.

Wreszcie w roku 1991 kupiłem bardzo popularny Tranciver ICOM IC-735 i automatyczną skrzynkę antenową ICOM AH-2. Sprzęt ten zainstalowałem na moim jachcie „Varsovia” o długość 31 stóp (9.5 m) który sam wybudowałem od gołego kadłuba.

Urządzenie fabryczne powinno działać poprawnie, jeżeli instaluje się według instrukcji, ale na jachcie wszystko wygląda inaczej niż lądowa radiostacja. Największy problem to antena i uziemienie pomimo tego, że do wody jest blisko.

Na początek, do automatycznej skrzynki antenowej podłączyłem pionową miedzianą rurkę o średnicy ½ cala (12.5 mm) i wysokości 3m, minimum napisane w instrukcji. Efekty były bardzo mizerne, ale udało mi się zrobić pierwsze QSO na CW. Okazało się, że po latach nie zapomniałem telegrafii tylko trochę wyszedłem z wprawy szybkiego tempa.

Zaczęły się próby antenowe. Mój jacht stale cumuje w marinie niedaleko wysokiego mostu. Chciałem coś zrobić do robienia łączności podczas postoju. Prawie 200 m drutu, pod kątem około 30 stopni zamocowałem na izolatorze do mostu z jednej strony i do skrzynki na jachcie z drugiej. W marinie było trochę sensacji i pytań.

Nawet nie najgorzej wychodziły łączności, ale nie trwało to długo, bo po kilku dniach bez informowania mnie, zarząd mariny obciął mi antenę, zwinęli jeden koniec i położyli na jachcie a drugi wisiał z wysokiego mostu.

Na jachtach najczęściej stosuje się anteny, które są jednocześnie stałym olinowaniem.

Zrobiłem odpowiednio mocne okucia ze stali nierdzewnej do dwóch izolatorów, które zamontowałem na tylnym sztagu trzymającym maszt. Od dolnego izolatora luźny przewód doprowadziłem do skrzynki antenowej umieszczonej pod pokładem. Chodziło o to żeby skrzynka nie była narażona na zalewanie wodą i żeby cała antena była jak najdłuższa, ale i tak nie była dopasowana do długości rezonansowej fali.

Efekty były już niezłe, ale tylko na telegrafii. Na SSB cały czas sygnał był nieczysty, koledzy krótkofalowcy często nie mogli rozumieć mojego głosu. Największy problem był z tym, że płynąc na autopilocie jacht zmieniał kurs w takt modulacji, ponieważ kompas magnetyczny sterujący autopilotem był zbyt blisko przewodu antenowego. Zamocowałem skrzynkę 2 m nad pokładem pod radarem na rufowej ramie i znacznie to poprawiło, tylko czasami obserwowałem oddziaływanie na autopilota.

Największy problem był z uziemieniem. Próbowałem różne sposoby aż wreszcie zamocowałem dużą i gruba blachę miedziana na ostrodze steru poniżej linii wodnej. Z której wyprowadziłem jeden przewód do wszystkich urządzeń radiostacji, bez żadnego połączenia z innymi uziemieniami na jachcie.

Na tym praktycznie zakończyły się próby i wszystko zaczęło działać całkiem dobrze, co zdało później egzamin podczas mojego samotnego rejsu na Hawaje.

W moim jednopiętrowym domu zainstalowałem na dachu wielopasmowa antenę pionową AP-8 i ręcznie dostrajaną skrzynkę antenową. W krótkim czasie zrobiłem łączności i dostałem karty QSL z ponad setki krajów DXCC, ale na wysłanie do dyplomu jakoś zabrakło mi czasu.

Radiostacje przenosiłem na zimę do domu a na lato na jacht, który i tak cały rok stoi w wodzie. W Vancouver sezon żeglarski trwa praktycznie przez cały rok.

Dość często wypływałem nie na żeglowanie tylko na postanie na kotwicy albo przy pomoście w parkach prowincjonalnych z dala od lasu masztów jachtów stojących w marinie. Robiłem dużo łączności i startowałem też w zawodach zajmując nawet nie najgorsze wyniki w kategorii stacji kanadyjskich.

Czasami pływał ze mną Sławek Kiljański VE7GKI. Jednego razu staliśmy przy pomoście parkowym. W pobliżu cumowało kilka innych jachtów a na brzegu był Camping. Startowaliśmy w zawodach i w nocy na zmianę wołaliśmy do mikrofonu, tak głośno, bo jak zwykle nie słyszy się swojego głosu w słuchawkach, że przyszedł uciszyć nasgospodarz parku, którego domek był prawie 200 metrów od nas. Prosił żebyśmy byli ciszej, bo on nie może spać

Wypływając na takie najczęściej weekendowe pływania krótkofalowe, Sławek umawiał na łączności naszych polonijnych nadawców z okolicy Vancouver. Robiliśmy próby również na UKF, sprawdzaliśmy działanie lokalnych przemienników, zasięg odbioru itp.. Sławek angażował do tego również swoja żonę, żeby siedziała przy radiostacji w domu. Śmiała się, że pozbyła się chłopa na weekend, wolna chata a on daje je zajęcie. Mięliśmy z tego dobry ubaw.

Podczas takich pływań często rozmawiałem ze Zbyszkiem VE7ATZ (obecnie VE3CTL, bo mieszka na wschodzie Kanady w Ontario). Podczas mojego samotnego rejsu na Hawaje był on moim radiowym „Aniołem Stróżem”. Mięliśmy codzienne łączności, co dość obszernie opisałem w książce pt.: „Samotnie Przez Pacyfik - Varsovią naHawaje”.

W gorącym klimacie mój ICOM-IC-735 trochę przegrzewał się i po pewnym czasie nadawania mój sygnał stawał się niezrozumiały. Zamontowałem mały wentylatorek zewnętrzny dmuchający na obudowę i trochę to pomagało, ale zwykle robiłem łączności w nocy, bo było chłodniej.

Próbowałem też innych kombinacji antenowych, m.in. dipol, ale wielkość mojego jachtu ograniczała możliwości.

Po powrocie z rejsu zacząłem interesować się kupnem drugiego transceivera. W Vancouver jest sklep komisowy głównie ze sprzętem żeglarskim, ale krótkofalowcy też mogą tam znaleźć dużo przydatnych rupieci.

W sklepie tym jest bardzo ciekawa forma sprzedaży, codziennie cena zmniejsza się o pewien procent, co dokładnie przy kasie oblicza komputer. Na nalepce jest tylko cena początkowa, oraz kilka przykładów na różne daty. Na końcu nalepki jest data, kiedy można kupić tą rzecz za zero centów. Oczywiście rzadko dochodzi do tego, bo obsługa wyszukuje niskie ceny i zmienia na wyższą.

Codziennie zmniejszająca się cena jest dla klientów dobrym hazardem, kiedy kupić? Czy cena jest już dobra, czy czekać dłużej? Często można przechytrzyć i ktoś inny kupi wcześniej.

Normalne jest, że wszędzie na świecie w sklepach sprzedawcy chcą wyeksponować swój towar i ustawiają na półkach tak żeby lepiej był widoczny i dobrze sprzedać natomiast klienci zawsze maja odwrotny interes.

W sklepie tym jest dużo używanych rzeczy, które trudno eksponować na półkach w takim bałaganie a klienci jak wszędzie oglądają i nie zawsze kładą z powrotem na miejsce. W rezultacie nie jedna rzecz schowa się pod innymi i jest niewidoczna w momencie jak przechodzi obok zainteresowany klient.

Pokazał się tam do sprzedaży taki sam transceiver jak mój IC-735. Był w dobrym stanie, ale cena na początek zbyt wygórowana. Zaglądałem często do tego sklepu i główkowałem czy już kupić czy czekać. Robiłem odwrotnie niż sprzedawcy i starałem się mniej go eksponować. Wreszcie bałem się czekać dłużej. Udało się, wygrałem jak na loterii i kupiłem za śmiesznie niska cenę. Przy kasie sprzedawca dziwił się, bo już widział na komputerze cenę i chcieli zmienić naklejkę na wyższą, ale nie mógł znaleźć.

Zaradność krótkofalowców jest chyba jedną z naszych cech, szczególnie tych, którzy zaczynali w dawnych czasach ubiegłego stulecia. Wtedy musieliśmy potrzebne części do budowanych urządzeń, zdobywać w różne sposoby, często niecodzienne i nie wyobrażalne dla znacznie młodszych koleżanek i kolegów, którzy teraz kupują nowe fabryczne urządzenia.

 

Moje refleksje


Wielokrotnie zastanawiałem się, po co właściwie zajmowałem się krótkofalarstwem i co mi dało to hobby, które pasjonowało mnie przez długie lata?


Krótkofalarstwo otworzyło mi tzw. okno na świat.:


- Pierwsze łączności były początkiem mojej nauki języka angielskiego, którego znajomość owocowała przez całe moje życie, szczególnie w Kanadzie gdzie mieszkam i pracuje umysłowo od wielu lat.

- Robiąc łączności z całym światem uczyłem się geografii, zachęciło mnie to do podróżowania i poznawania świata. Może właśnie dzięki temu odwiedziłem dotychczas ponad 60 państw.


Zaradność życiowa:

- Zdobywanie część do konstruowania urządzeń radiowych, szczególnie w latach, kiedy zaczynałem uczyło umiejętności organizacyjnych i praktycznego myślenia.

 

Kontakty z ludźmi:

- Dały mi nowe i inne możliwości, których nie osiągnąłbym nie należąc do światowej „rodziny” krótkofalowców.

- Krótkofalarstwem zajmują się zwykle ludzie bardziej wykształceni i inteligentni. Przebywając w takim otoczeniu można rozwijać się lepiej niż pijąc piwo pod budką.

- W konsekwencji tych kontaktów, o czym m.in. pisałem powyżej osiągałem cele drogi życiowej. 



Każdy człowiek musi mieć swoje hobby:


- Płynąc przez ocean samotnie na moim jachcie miałem czas na przemyślenia życiowe i długie łączności radiowe. W efekcie tego napisałem książkę, w której starałem się zwrócić uwagę, że człowiek bez hobby to jak gdyby pół człowieka.

- posiadanie hobby i pasji życiowej jest receptą na sukces i zadowolenie osobiste. Wyzwala inicjatywę i nowe możliwości.

 

Z perspektywy ponad czterdziestu lat nie żałuje żadnej chwili spędzonej przy radiostacji, spotkaniach na pasmach amatorskich, w klubach i innych miejscach odwiedzanych przez krótkofalowców.



Poniżej kilka ciekawszych fragmentów książki p.t. „Samotnie przez Pacyfik – Varsovią na Hawaje” wydanej w Vancouver, Kanada w roku 2004 na temat łączności krótkofalowej.

 

Rozdział 3.   Tu VE7CFA / Maritime Mobile

 

....O godzinie 19:30 włączam radiostacje, (bo jest to godzina umówionej łączności radiowej ze Zbyszkiem z Vancouver). Wołam do mikrofonu wywołanie: „VE7ATZ tu stacja VE7CFA/Maritime Mobile... odbiór”...


Niestety, Zbyszka nie słyszę, bo na częstotliwości 14 Mhz jest za daleko na propagację na fali przyziemnej, a za blisko na falę odbitą. Odpowiada radiostacja z Kalifornii, za pośrednictwem, której przekazuję wiadomości do
Vancouver. W międzyczasie zgłasza się Staszek VE7LSK z jachtu „Boomerang”... (Drugi jacht z Polską załogą płynący ta samą trasą):

 

Rozdział 7.   Codzienne łączności radiowe

 

Codzienne, coraz dłuższe w czasie łączności radiowe wymagają więcej prądu. Na wszelki wypadek, aby nadmiernie nie osłabiać bilansu energetycznego, od czasu do czasu uruchamiam silnik. Jestem już wystarczająco daleko od Vancouver i propagacja radiowa na częstotliwości dalekiego zasięgu 14 Mhz daje możliwość codziennych łączności. Rozmawiam ze Sławkiem VE7GKI, który przekazuje informacje do naszego Polskiego Klubu Żeglarskiego w Vancouver, oraz Ryśkiem VE7MFA. Zbyszek VE7ATZ ma najlepsze możliwości łączności, ponieważ jego wieloelementowa antena umieszczona jest na dachu wieżowca w centrum Vancouver. (Nie jest niczym zasłonięta i obrócona bezpośrednio na Pacyfik) Zapewnia bardzo dobre efekty.


Zbyszek VE7ATZ ma najlepsze możliwości łączności.

Jego wieloelementowa antena umieszczona jest na dachu wieżowca w centrum Vancouver.

 

Zbyszek często podłącza do radiostacji telefon i mogę bezpośrednio rozmawiać z żoną i synem, a nawet z rodziną w Polsce.



Zbyszek VE7ATZ przy swojej radiostacji.

„Centrala telefoniczna” i mój codzienny kontakt ze światem.


Najpraktyczniejsze zastosowanie łączności radiowej to otrzymywanie informacji pogodowych, bo Zbyszek ogląda na internecie mapy pogodowe. Opisuje aktualną sytuację: gdzie wyż gdzie niż....

...W codziennych, wieczornych łącznościach radiowych z „Boomerangiem”: porównujemy nasze pozycje geograficzne, opowiadamy sobie o różnych wydarzeniach i sprawach. Do tych rozmów często dołączają się stacje z Australii, Nowej Zelandii, Polski i różnych innych zakątków świata.

Ciekawe rozmowy prowadzę z Robertem VE3ZZK z Toronto, który ma zainstalowaną radiostację w swoim dużym samochodzie ciężarowym i za każdym razem odpowiada mi z innego miejsca w innym stanie USA. Chyba coś nas łączy: on samotny kierowca na autostradzie, a ja samotny żeglarz na oceanie. W tych warunkach zastanawiam się, czy ja naprawdę jestem samotnym żeglarzem skoro mam dookoła takie rozmowne towarzystwo.

Koledzy krótkofalowcy pytają o różne szczegóły dotyczące mojego jachtu, planów podróży, bezpieczeństwa i życia na pokładzie. Często dyskutują również o sprawach natury bardziej osobistej...       

 

Rozdział 47.  „Międzynarodowa centrala telefoniczna”

 

Właśnie dzisiaj, to jest 21-go sierpnia, Elżbieta wraz z Markiem, według rozkładu odwiedzania różnych miejsc w Europie, powinna już być w Warszawie u mojej mamy. Proszę, więc Zbyszka, operatora „międzynarodowej centrali telefonicznej” o kontakt z nimi. Przed połączeniem nas do bezpośredniej rozmowy, proszę go o wstępne przygotowanie i wyjaśnienie mojej mamie sposobu prowadzenia nietypowej rozmowy telefonicznej. Elżbieta jest już przyzwyczajona do takich rozmów przez radiostacje, to znaczy nadawanie i odbiór. Nawiasem mówiąc jest to dobra forma konwersacji małżeńskiej, ponieważ nie można kłócić się w ten sposób. Moja mama, jak mi się wydaje, może mieć problemy z przechodzeniem na nadawanie i odbiór.

Przez dłuższy czas jestem na nasłuchu, słyszę w głośniku tylko typowy szum radiowy i z niecierpliwością czekam na połączenie. W tym czasie  rozmowę, wreszcie słyszę słowa, „proszę mówić”, jest to ostatnia jego instrukcja dla mojej mamy i za chwilę słyszę jej głos.

Niecodzienne wrażenie, jestem prawie dwa tysiące kilometrów od najbliższego lądu i co najmniej, cztery razy dalej od Polski, mierząc po najkrótszej linii - nad biegunem północnym. U mnie jest godzina 9-ta wieczorem a w Warszawie też jest godzina 9-ta, tylko, że rano już następnego dnia. Siedzę na koi z mikrofonem w ręku i rozmawiam z moją mamą, słyszymy się nawzajem, tak jak byśmy byli obok siebie, jak za dawnych lat. Właśnie wspomina ona i komentuje, że to tak samo jak było kiedyś.

Przypominam sobie, jak to w dawnych czasach, po każdym moim rejsie żeglarskim, wracając do polskiego portu, biegłem na pocztę żeby zamówić rozmowę międzymiastową do Warszawy. Później to nawet już było automatyczne połączenie, co wtedy uważaliśmy za „cud techniki” i mogłem telefonować do domu, bezpośrednio, z portowej budki telefonicznej. W ten sposób uspokajałem mamę informując, że jestem już na lądzie, z czego ona zawsze cieszyła się.

Tymczasem mama, kończąc swoje refleksje, mówi słowo – „odbiór” i przechodzę na nadawanie.

Potwierdzam podobieństwo obecnej rozmowy, do tych dawnych, sprzed trzydziestu lat. Mówię: mamo, wszystko jest tak samo, tylko technika się zmieniła, rejon żeglugi i my… i nie chcę komentować dalej, bo ze wzruszenia czuję, że głos mi się załamuje. Dobrze, że nie jest to klasyczny telefon i mogę przejść na odbiór, łamiącym się głosem mówię słowo - „odbiór.” Słucham teraz dalszej relacji, podczas której mogę dojść do siebie.

Następnie rozmawiam z moją żoną i synem, pytam się o ich wrażenia z wakacji itp. Rozmawiamy o naszych prywatnych, rodzinnych sprawach, zapominając, że praktycznie mogą nas słuchać krótkofalowcy na całym świecie.

Po zakończonej rozmowie, już po rozłączeniu telefonicznego połączenia z Polską, Zbyszek komentuje: „Twoja mama, to tak jak profesjonalny radiooperator, prawidłowo woła i przechodzi na nadawanie lub odbiór”. Odpowiadam, że to nic dziwnego, ponieważ nie jedną noc nie przespała, kiedy w dawnych czasach, wołałem do mikrofonu mojej, amatorskiej radiostacji: „wywołanie ogólne tu stacja SP5CJU…odbiór” lub mój brat Grzegorz wołał: “…tu SP5AZQ…odbiór”. Grube ceglane ściany, nie mogły wytłumić naszych doniosłych głosów, rozchodzących się po całym mieszkaniu i okazuje się, że po wielu latach to „doświadczenie radiowe” przydało się naszej mamie.

„Wywołanie ogólne tu stacja SP5CJU…odbiór”.

Rok 1968. 



Krótkofalarstwo - VE7CFA

 

Wspomnienia krótkofalarskie

>>> WSPOMNIENIA KRÓTKOFALARSKIE JERZY KUŚMIDER VE7CFA

 

http://jerzy-kusmider.bloog.pl/id,331978704,title,Wspomnienia-krotkofalarskie,index.html

 

 

 

Moje wspomnienia z działalności krótkofalarskiej są opublikowane w książce pt. "Wywołanie ogólne", opracowanej przez Ryszarda Reich.



Historia krótkofalarstwa napisana życiorysami.

Informuję kolegów , że rozprowadzam  swoją najnowszą książkę pt. „Wywołanie ogólne”. Jest ona przeznaczona dla szerokich rzesz  miłośników radia. Jest kontynuacją wydania internetowego pt. „Krótkofalarstwo moją pasją”. Obecna, obszerna książka licząca 400 stron, jest poszerzona o 70 procent nowymi wspomnieniami krótkofalowców z Polski i innych krajów . Lektura książki jest fascynująca . Czyta się ją z zapartym tchem. Taka jest opinia  jej czytelników. Zdaniem wielu nadawców powinna się ona znaleźć w biblioteczce każdego krótkofalowca i radioamatora, który wywodzi się z Polski. Niestety nakład publikacji jest niewielki i nie będzie ona dostępna w księgarniach oraz w wersji elektronicznej w Internecie.

Cena książki jest przystępna – 13 dolarów amerykańskich. Można ją nabyć u autora (Ryszarda SP4BBU) przelewając na jego konto kwotę 13 dolarów amerykańskich za książkę i 7 dolarów amerykańskich za przesyłkę (priorytet, koperta bąbelkowa) .
Razem 20 dolarów amerykańskich. Można też wpłacić w walucie euro (8 euro książka i 5 euro przesyłka) .
Dane do przelewu: Ryszard Reich ul. Żytnia 84,  PL 10-803 Olsztyn. Przed numerem konta wpisać : Code BIC (Swift)  BPKO PLPW Bank account: 74 1020 3541 0000 5502 0184 5775.

W tytule przelewu podać: Książka, swoje imię, nazwisko i adres (kod pocztowy) oraz ewentualnie znak wywoławczy nadawcy (lub nasłuchowca). Wpiszę wtedy imienną dedykację. Miłej lektury życzy Ryszard SP4BBU (adres mailowy ryszardreich@vp.pl
oraz sp4bbu@wp.pl )

 

 



wtorek, 24 października 2017

Moja strona

Informacje o mojej pracy, podróżach, hobby i żeglarstwie

Polecane strony

"Nasza Klasa"

"You Tube"